Artykuły
Magia sztuczek, czyli Frida zaczarowana

Frida
Mojemu psu niewiele trzeba, żeby wpaść stan skrajnej ekscytacji, uniemożliwiającej jakikolwiek kontakt. Skoki, kłapanie zębami, łapanie za ubranie, bieganie do utraty tchu… No i coś, co wprawia psa w absolutny amok – zabawa z drugim psem. Jeśli tylko jest możliwość – choćby i cały dzień. Nigdy bym nie uwierzyła, że pies może biegać cały dzień i w ogóle się nie położyć, nawet na chwilę. Frida może.
Sądziliśmy, że opanowanie podstawowych umiejętności Psa Domowego i systematyczna praca nad ich utrwaleniem sprawi, że nasza sucz z czasem się uspokoi. Rzeczywiście przez kilka miesięcy było zdecydowanie lepiej i byliśmy przekonani, że temat wychowania psa jest załatwiony. Chodziliśmy zwykle do pobliskiego parku, gdzie znajome psy mogły pobiegać, czasem jeździliśmy do lasu lub na łąki. Frida ładnie się bawiła z psami i choć dalej zdarzało jej się zatracić w tych biegankach większych problemów nie było. Przychodziła na przywołania, wykonywała komendy, w domu była grzeczna. Do czasu.
Zaczęło się w domu – przez ponad 3 miesiące sucz większość dnia spędzała ze mną. Ja pracowałam, ona spała obok. Ja do kuchni, ona za mną. Ja w łazience – ona pod drzwiami. Na spacery chodziłyśmy wciąż w to samo miejsce - w parku było fajnie, znajome psy, zaprzyjaźnieni psiarze. Pierwsze sygnały zlekceważyłam – kto by zauważył, że pies je tylko w obecności pani? Potem były zawleczone do legowiska moje buty, pogryziony depilator gdy zostawiłam ją samą w domu dosłownie na chwilkę. Kiedy rozszarpała na strzępy pierwszych dwadzieścia stron książki, którą czytałam, trafił mnie szlag i dotarło do mnie, że mamy problem – pies jest za bardzo przywiązany do jednej osoby, przyjemność kojarzy mu się tylko z nią, cierpi, kiedy zostaje bez niej. W zaleceniach terapeutki poza zmianą sposobu spędzania czasu z psem w domu i odczarowaniem rytuałów wychodzenia znalazły się też: dużo wrażeń, dużo bodźców, które dają psu frajdę, a nie wiążą się bezpośrednio ze mną. Spacery w różne miejsca, jak najwięcej kontaktów z różnymi psami…
Pierwszy spacer w nowe miejsce i spotkanie z nowymi kolegami i… gdzie się podział mój grzeczny pies? Fri w amoku biega wokół, skacze, podgryza, skacze na mnie, nie reaguje na polecenia. Od miesięcy nie było takich akcji! Po tygodniu intensywnych spacerów w różnych miejscach i zostawiania psu przy każdym wyjściu z domu niebywale atrakcyjnie śmierdzących gryzaków, problemy z zostawaniem samotnie wyraźnie się zmniejszyły.

Kursantka Frida z opiekunami
Ale problem „utraty łączności z bazą” w chwilach dużych emocji na spacerach pozostał, a wręcz narósł. Psica, która w normalnej sytuacji pięknie przychodziła na przywołania, pochłonięta zabawą z innym psem stała się kompletnie głucha. Co gorsza – nie tylko na mnie, ale i na sygnały kolegi czy koleżanki. Nie zwraca uwagi na ostrzegawcze warki, nie rozumie, że szczekanie też może być sygnałem do zabawy i pokazuje zęby. Żeby tylko pokazywała… A przy tym wszystkim wierzga na smyczy jak dziki koń, kiedy tylko dostrzeże na horyzoncie psa.
Zaczęłyśmy znów chodzić na zajęcia z zakresu posłuszeństwa. Pierwsze dwa spotkania z Fridą zapamiętali chyba wszyscy – taniec św. Wita na smyczy, godzinna walka o wykonanie najprostszego siad-waruj, które przecież doskonale umie! W przerwach na zabawę z psami - co chwilę awantura. Frida jest tak nakręcona, że irytuje pozostałych kursantów, nie czyta psich sygnałów, ma po prostu obłęd w oczach. Ja czerwona ze wstydu.
Pracujemy nadal, ale po tygodniu spotkania z psami nadal wyglądają źle. Frida puszczona do zabawy leci jak wystrzelony korek od szampana i jest jeszcze bardziej nakręcona. Na kolejnych zajęciach chodzi spokojniej na smyczy, ale wystarczy chwila zabawy, żeby znów straciła łączność z ziemią. Znów tydzień ciężkiej pracy i walki o opanowanie emocji.
Kolejny weekend, lekcja posłuszeństwa, a potem, już dla rozrywki – jak mi się wydawało – zajęcia Fun & Think, czyli nauka sztuczek. I stał się cud. Nie wierzyłam własnym oczom. Frida przez dwie godziny (z przerwami) ćwiczyła dotykanie nosem różnych przedmiotów, uczyła się ich nazw, wybierała ten, którego nazwę podałam i pochłonięta pracą nawet nie zwróciła uwagi na przechodzącego koło niej kolegę. Była tak skupiona na zadaniu! Ćwiczyłyśmy w pięciominutowych sesjach, bo - choć wydaje się to nieprawdopodobne - taka praca jest dla psa niesłychanie męcząca. Kilka powtórzeń – i przerwa na spokojny spacer, bez zabawy z psami, żeby za bardzo nie dekocentrować. I znowu nie wierzę: Fri w tych przerwach chodzi ze mną na smyczy, nie wyrywa się do psów, posłusznie idzie tam, gdzie ją prowadzę. Na „dużej przerwie” na zabawę bawi się bez żadnych ekscesów, biega, ale nie szaleje, współpracuje z psami i nawet daje się z tej zabawy odwołać.
Podczas tych dwóch godzin zabawy w najbardziej popularnym psim wydaniu, czyli biegania z koleżkami, było niewiele. Główkowania i spokojnego odpoczynku od pracy – dużo. Wróciłyśmy wykończone, ale jakże inaczej. Fri zasnęła i spała do wieczora, ledwo dała się wyciągnąć na wieczorne siusiu. A ja przez cały dzień przypominałam sobie jej skupiony, spokojny wzrok, wpatrzone we mnie i czekające na to, co powiem lub zrobię, oczy. I żadnych własnych pomysłów.
Praca umysłowa zaczarowała nie tylko Fridę, zmiany widzieliśmy na własne oczy u wszystkich psiaków, choć ona była chyba najtrudniejszym w tej grupie przypadkiem. To wszystko stało się w ciągu zaledwie jednych zajęć – ale co jednak ważne, i w przypadku Fridy szczególnie niezwykłe, prowadzonych na dworze, w towarzystwie innych psów. W domu opanowanie nowej umiejętności przychodzi łatwiej, nie ma konkurencyjnych podniet.
Nigdy więcej nie powiem, że uczenie sztuczek to robienie z psa małpy w cyrku. Może to i wygląda śmiesznie, ale dla psa to jest praca intelektualna – taka sama jak dla człowieka pisanie, czytanie, liczenie czy cokolwiek innego. Myślenie diabelnie męczy – wiem to po sobie. Ale czym byśmy byli bez niego? Wcześniej sztuczki wydawały mi się dodatkiem do pracy wychowawczej, ozdobnikiem bez większego znaczenia. Po tych jednych zajęciach wiem, że być może sukces naszej całej pracy wychowawczej będzie zależał właśnie od tego, ile czasu poświęcimy na te „głupoty”.
Magda Tokarska – Romańska, właścicielka Fridy (21.09.2009)

